czwartek, 26 lipca 2018


fot. davide regusa / unsplash.com CC0 1.0
Setki tysięcy naukowców na świecie publikują w czasopismach naukowych, które są naukowe jedynie z nazwy. Ich teksty dotyczą m.in. medycyny czy zmian klimatycznych i nie muszą być poparte żadnymi badaniami - wynika ze śledztwa dziennikarzy.

Kilka dni temu zespół, głównie niemieckich dziennikarzy, upublicznił wyniki wielomiesięcznego śledztwa dotyczącego publikowania przez naukowców w tzw. drapieżnych czasopismach. Czym one są? Tylko pozornie prawdziwymi periodykami naukowymi.
Chodzi o czasopisma, które są tworzone tylko po to, aby publikować wszystkie nadsyłane artykuły (najczęściej za opłatą za publikację tekstu). Dlatego też drapieżni wydawcy publikują wszystko – jak leci – i najczęściej publikują w modelu otwartego dostępu, gdyż w ten sposób najłatwiej uzasadnić autorom ponoszenie opłat
- opisuje problem dr hab. Emanuel Kulczycki.

Dziennikarze (głównie - niemieccy) w czasie dziewięciomiesięcznego śledztwa dokonali ustaleń, które powinny zaniepokoić nie tylko naukowców, ale wszystkich obywateli. To prawda, że wiele publikacji naukowych nie wpływa na życie ludzi - są to często bardzo szczegółowe studia, które interesują garstkę badaczy. W takim przypadku, gdy ktoś opublikuje bzdury na temat np. wojny secesyjnej, nie wpłynie to na nasze zdrowie i życie, choć wpłynie oczywiście na postrzeganie przeszłości.

Inaczej jest w przypadku publikacji związanych z medycyną czy zmianami klimatu. W ten sposób w obieg prawdziwej nauki dostają się przez nikogo nie zweryfikowane artykuły, które mogą nie być poparte absolutnie żadnymi badaniami! Co to oznacza dla przeciętnego zjadacza chleba? Że brednie wypisywane w tego typu publikacjach mogą (i są) używane jako argument dla środowisk, które kwestionują wpływ człowieka na zmiany klimatu (tak więc wpływają na tworzenie wieloletnich polityk). Równie niepokojące jest pisane o medycynie - czy grozi nam paraliż dotyczący opracowywania nowych leków? W tego typu periodykach można przecież napisać cokolwiek - np. zaprzeczyć skuteczności jakiejś substancji. Nieświadomy niczego inny naukowiec, poszukujący informacji na temat jej działania, w tego typu publikacji "znajdzie" odpowiedź i może zakończyć dalsze prace w danym temacie.

Trwonione są też pieniądze podatników - wynika ze śledztwa. Bo wiele z opublikowanych artykułów ukazało się dzięki wsparciu z publicznych środków.

Reporterzy w czasie akcji opublikowali w "drapieżnych czasopismach" liczne artykuły własnego autorstwa, których ustalenia miały niewiele wspólnego z prawdą. Cześć z nich zaprezentowała nawet je w czasie konferencji, organizowanych również przez tych wydawców. Jak wspominają, trudno im było powstrzymać się od śmiechu w czasie publicznej prezentacji przed audytorium. Nikt nie negował ich (fałszywych) ustaleń.

Ze śledztwa wynika, że naukowców publikujących w tego typu pismach jest nawet... 400 tysięcy! Część z nich nie jest świadoma, gdzie publikuje. Inni robią to z pełną świadomością, aby móc pochwalić się publikacją w czasopiśmie, które jest recenzowane (i tym samym uzyskać niezbędne punkty w rozwoju kariery).

Swoją drogą dziennikarze ustalili jeszcze jeden niepokojący fakt. W większości przypadków pisma nie miały recenzentów, którzy sprawdzają nadesłane prace pod kątem merytorycznym - mimo, iż wyraźnie chwaliły się, że takowych posiadają. Z kolei w ubiegłym roku zespół polskich naukowców udowodnił, że część "drapieżnych wydawnictw" zatrudnia recenzentów, nie sprawdzając ich wiarygodności i umiejętności.

Dziennikarze zwracają uwagę, że skala zjawiska - publikowania w podejrzanych czasopismach naukowych w ostatnich latach - rośnie skokowo. Jak w takim razie z tym walczyć? Przede wszystkim doświadczeni naukowcy powinni uświadamiać swoich wychowanków, że taki problem istnieje. Cześć z "drapieżnych czasopism" posiada do złudzenia podobne tytuły do tych prestiżowych - w pułapkę można wpaść choćby w pośpiechu. Tylko w samych Niemczech 5 tys. naukowców opublikowało swoje prace u tego typu wydawców. Co ciekawe, są wśród nich osoby o uznanym autorytecie. To dodatkowo szokujące.

Jaka jest skala problemu w Polsce? Czy równie duża, jak w Niemczech? Ale gdy podjąłem dyskusje na ten temat na Twitterze dr Jerzy Sikora z Uniwersytetu Łódzkiego napisał: 
Każdego tygodnia otrzymuję 3-8 mejli na mój służbowy email z miłą propozycją zostanie autorem lub redaktorem w czasopiśmie, o którym istnieniu nigdy do tej pory nie słyszałem. Większość z nich nie ma nic wspólnego z dziedziną wiedzy związaną z moją specjalizacją
- napisał. Dodał, że w jego ocenie nie jest osamotniony w otrzymywaniu podobnych wiadomości.

Źródło: www.naukawpolsce.pap.pl, Szymon Zdziebłowski (PAP)
Zdjęcie we wpisie: fot. davide regusaunsplash.com CC0 1.0

Print Friendly and PDF
SklepNaukowy

Siepomaga.pl: wolontariat, pomoc dzieciom, potrzebującym, zwierzętom





0 komentarze :

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

SklepNaukowy